Dlaczego stworzyłam Rokwisz Cosmetics: fabryka, len i moja własna skóra głowy
Zaczęło się od budynku, nie od kosmetyku
Mój salon mieści się w Żyrardowie, w starej fabryce lnu. W tym samym miejscu pracowali kiedyś moi rodzice i tam się poznali.
Kiedy oglądałam ten lokal po raz pierwszy, nie myślałam o marce ani o linii kosmetyków. Myślałam o tym, że stoję na podłodze, po której chodził mój tata, zanim jeszcze byłam na świecie.
Te ceglane ściany i wysokie okna zostały w budynku, ale został też surowiec. Dlatego len jest motywem przewodnim wszystkiego, co robię, i nie jest to marketingowa ozdoba, tylko najkrótsza możliwa odpowiedź na pytanie, skąd jestem.
Dwadzieścia lat przy fotelu i przy planie
Fryzjerstwa uczyłam się w Warszawie, w salonie, do którego trudno było się dostać. Trafiłam tam młoda i przez pierwsze miesiące głównie myłam głowy i patrzyłam na ręce ludzi, którzy robili to lepiej ode mnie.
Potem przyszła praca przy sesjach: telewizja, moda, prasa. To zupełnie inna szkoła niż salon, bo tam włos musi wytrzymać osiem godzin świateł, poprawek i przeczesywania, a wyglądać jakby nie stało się z nim nic.
Nauczyłam się przy tym rzeczy, której nie da się przeczytać w żadnym szkoleniu. Włos przemęczony stylizacją zachowuje się inaczej niż włos zniszczony chemią i wymaga zupełnie innej pielęgnacji, chociaż na zdjęciu wygląda podobnie.
Problem, który miałam sama
Przez lata pracowałam z produktami różnych marek, testowałam wszystko, co wpadło mi w ręce. A równolegle zmagałam się z własną skórą głowy, która potrafiła zareagować podrażnieniem właściwie na wszystko.
Znam to od środka: świąd w połowie dnia pracy, uczucie ściągnięcia po myciu, drobne płatki na ciemnym ubraniu. Znam też frustrację polegającą na tym, że kupujesz kolejny produkt "dla wrażliwej skóry głowy" i po dwóch tygodniach jest tak samo.
W pewnym momencie zaczęłam czytać składy uważniej niż etykiety. I zobaczyłam, że bardzo często to, co obiecuje przód opakowania, ma niewiele wspólnego z tym, co jest na jego tyle.
Kilka lat i bardzo dużo próbek
Do zrobienia własnych kosmetyków potrzebowałam ludzi, którzy znają się na chemii lepiej niż ja. Znalazłam chemików, którzy zgodzili się pracować ze mną nie na gotowych bazach, tylko od zera.
Praca zajęła kilka lat i wyglądała bardzo nieromantycznie: kolejne próbki, testy na sobie, testy na chętnych klientkach, poprawki, ponowne testy. Kilka formuł odrzuciłam po miesiącach pracy, bo działały poprawnie, ale nie były lepsze od tego, co już mam na półce w salonie.
Mój warunek był jeden i trzymałam się go do końca. Wysoka zawartość składników naturalnych, ale nie kosztem skuteczności, bo kosmetyki z lnem mają być realnie dobre, nie tylko ładnie opowiedziane.
Co jest w Boxie i dlaczego akurat te cztery produkty
Box Rokwisz Cosmetics to nie jest przypadkowy zestaw czterech rzeczy z tej samej serii. To pełny cykl pielęgnacji, taki sam, jaki proponuję klientce w salonie.
Szampon ORO VERDE, 250 ml, 85 zł
Punkt wyjścia, bo od mycia zaczyna się wszystko. Konopny szampon ORO VERDE ma 96,74 procenta składników naturalnych, olejek konopny, ekstrakt z lnu, inulinę z cykorii i gumę guarową.
Inulina z cykorii to składnik, na którym mi szczególnie zależało, bo wspiera naturalną równowagę mikrobiomu skóry głowy. Guma guarowa daje z kolei to, co czuć od razu: włosy dają się rozczesać po myciu, bez szarpania.
Maska, 300 ml, 95 zł
Maska odpowiada za długości i końce, czyli za tę część włosa, która ma już swoje przejścia. Olej konopny i masło shea odbudowują warstwę lipidową, aloes i len nawilżają, a niacynamid poprawia ogólną kondycję.
Dałam jej pojemność 300 ml świadomie. Maska w małym opakowaniu kończy się po miesiącu i człowiek zaczyna jej żałować, a wtedy przestaje działać, bo pielęgnacja bez regularności nie ma sensu.
Wcierka, 100 ml, 120 zł
To jest produkt, od którego cała ta historia się zaczęła, i mój osobisty faworyt. Wcierka zawiera biotynoilo-tripeptyd-1, kofeinę, pantenol, niacynamid oraz wyciągi z brzozy i skrzypu, przy 94,91 procenta składników naturalnych.
Ogranicza wypadanie, wspiera wzrost i wspiera kondycję skóry głowy, a to trzy różne rzeczy, które trudno pogodzić w jednej formule. Stosuję ją sama, wieczorem, trzy razy w tygodniu, na przedziałki, bez spłukiwania.
Mgiełka rozświetlająco-nawilżająca, 150 ml, 135 zł
Czwarty element to wykończenie, czyli to, co w sesyjnej pracy decyduje o tym, czy włos wygląda dobrze na zdjęciu. Mgiełka łączy kwas hialuronowy, proteiny ryżowe, mikę, ekstrakty owocowe i ochronę przed promieniowaniem UV.
Mika daje delikatny połysk, który nie jest brokatem, tylko odbiciem światła na powierzchni włosa. Filtr UV to natomiast rzecz praktyczna, szczególnie przy włosach farbowanych, bo spowalnia płowienie koloru.
Dlaczego zależy mi, żeby to były polskie kosmetyki
Nie dlatego, że polskie znaczy automatycznie lepsze, bo nie znaczy. Dlatego, że przy produkcji blisko domu mogę zadzwonić, przyjechać, obejrzeć partię i zapytać o konkretną szarżę surowca.
Kiedy klientka pyta mnie, co dokładnie jest w butelce, chcę umieć odpowiedzieć bez zaglądania do folderu marketingowego. Przy polskich kosmetykach do włosów tworzonych na miejscu to jest po prostu wykonalne.
W salonie pracuję też na linii GOLD, którą dystrybuuję, i uważam to za uczciwe. Nie każdy problem rozwiązuje moja marka, a przy mocno zniszczonych włosach po rozjaśnianiu sięgam po to, co w danym momencie działa najlepiej.
Informacja praktyczna
Cztery produkty, o których pisałam, można kupić osobno albo razem, w zestawie Rokwisz Cosmetics Box. Aktualne ceny są zawsze na stronach produktów.
Wszystkie cztery produkty zostają oczywiście w sprzedaży pojedynczo, na tych samych warunkach co dotąd. Jeśli wahasz się między nimi, napisz do mnie i podpowiem, od czego zacząć przy Twoim typie włosów.
Dziękuję każdej osobie, która przez ostatnie lata testowała ze mną kolejne próbki i mówiła szczerze, co nie działa. Bez tych rozmów przy fotelu ta linia wyglądałaby zupełnie inaczej.